wtorek, 22 czerwca 2010

Klub Mało Używanych Dziewic i spółka

Klub Mało Używanych Dziewic to najlepsza nazwa klubu, jaką kiedykolwiek słyszałam. A i dziewice zupełnie nieypowe, bo niedziewicze. W końcu mało używane. Rzecz w tym, że na powtórce studniówki po dwudziestu latach spotykają się cztery koleżanki, które wcześniej wcale specjalnie się nie kolegowały. Nagle odkrywają, że im razem dobrze. Co więcej, chcą się spotykać znowu, na początku bezpiecznie, raz na miesiąc, żeby odgrzać kontakty jak stary kotlet.

Zakładają nieformalny klub, Klubem Mało Używanych Dziewic właśnie zwany. Wszystkie mają bowiem 39 lat i wszystkie na damsko-męskim polu działania zaliczają raczej porażki niż sukcesy. Słowem - chłopa niet. Nie spotykają się jednak w celu ustrzelenia jakiejś samczej zdobyczy, tylko po to, by w czynie społecznym zrobić coś wartościowego dla innych ludzi. Zupełnie niewinna inicjatywa sprawia, że zdarzenia ruszają jak lawina.
Tak oto zaczyna się "dziewicza trylogia" Moniki Szwai. Czterem Dziewicom nie śniło się rzecz jasna, co wykluje się z ich niewinnego pomysłu i jak zmieni się ich życie. Uchylmy rąbka tajemnicy - zmieni się drastycznie. Książkę połyka się w mgnieniu oka, a dobrą rozrywkę mamy jak w banku. Wartka akcja, zaskakujące rozwiązania, przewidywalne momenty (jakie to miłe, wiemy, czego się spodziewać i czytamy zupełnie rozluźnieni) - wszystko to sprawia, że jak zwykle przy książkach Szwai można zażyć prawdziwej pory relaksu. Zakończenie sugeruje istnienie ciągu dalszego.
I rzeczywiście, dalsze losy czterech szczecinianek znajdziemy w książkach Dziewice do boju!...


... oraz Zatoka Trujących Jabłuszek.


Powiem szczerze - przeczytałam z rozpędu, bo nie mogłam zdzierżyć myśli, że nie będę wiedziała, co jest dalej. Ale obie książki raczej mnie rozczarowały. W przeciwieństwie do części pierwszej są bardzo takie, hmm..., telenowelowe. Tu wątek, tam wątek, tu skok, tam skok. Jakbym oglądała serial tylko że oczyma wyobraźni, kartkując książkę. Nudne było? Nie, skąd! Pochłonęłam, a jakże. Z tym że to już nie ten polot, nie ten błysk co w samym Klubie...
Bohaterowie też jakby tacy nierzeczywiści. Ja rozumiem urocze staruszki, ale wszystko powinno odbywać się w granicach prawdopodobieństwa. Nasze staruszki mają jednak tak dużo energii i zachowują się w sposób tak niegeriatryczny, że ciężko w nie w ogóle uwierzyć. Licentia poetica. Miała Szwaja prawo tak je wymyślić i wymyśliła. Urok mają na pewno, tylko ta młodzieniaszkowatość lekko mnie zdrzaźniła.
I co? I nic. Fajnie się czytało. A rozbrykaną geriatrię spotykamy jeszcze raz w kolejnej książce Moniki Szwai Gosposia prawie do wszystkiego. Lubię, jak bohaterowie, do których przywykłam, nie odchodzą na zawsze wraz z końcem lektury.

0 komentarze:

Prześlij komentarz