poniedziałek, 31 maja 2010

Thriller polityczny made in Sweden

Trzecia część trylogii Millennium rusza z kopyta. Nie ma czasu na się rozkręcanie, bo druga część urywa się nagle, a trzecia po prostu przejmuje pałeczkę w tej sztafecie. Akcja rwie do przodu niczym rumak czystej krwi arabskiej z żądzą zwyciestwa w oczach, po czym... wyhamowuje gwałtownie i dalej toczy się jak w wyścigu ślimaków winniczków.

Zamek z piasku, który runął jest najbardziej nasycony polityką z wszystkich trzech części. Nie ma innego wyjścia, skoro afera, z którą się zapoznajemy, zahacza o najwyższe kręgi władzy państwowej. Lisbeth Salander okazuje się niezmiernie niebezpiecznym choć małym trybikiem w tej całej maszynie. Wychodzi na to, że cała konstrukcja trzyma się na jednej śrubce. I właśnie ta śrubka postanowiła zawalczyć o swoje prawa. To musi się rozpierniczyć w drobny mak - pomyśli każdy. Czy rzeczywiście?
Cała chryja z Lisbeth zamienia się w gigantyczną polityczną aferę, w której wiele osób ma bardzo wiele do stracenia. Larsson siłą rzeczy musi nas wprowadzić w meandry władzy, zaznajomić z funkcjonowaniem i strukturą służb specjalnych, wyjaśnić, kto jest kim i po co. To skutkuje dłużyzną. Niestety. Akcja zwalnia i toczy się, toczy się, toczy się, toczy... Na koniec ponownie bierze się do roboty i przyspiesza, ale to nie wynagradza rozwleczonego środka. Poza tym akcja staje się przewidywalna, a dla kryminału to istotna wada.
Czy warto przeczytać? Mimo wszystko tak, warto. Człowiek będzie miał świadomość - po zgłębieniu dwóch poprzednich części - że dotarł do jakiegoś czytelniczego celu :-)

0 komentarze:

Prześlij komentarz