środa, 12 maja 2010

Dom na klifie

Są takie domy, do których chętnie się wraca, i takie, o których chce się jak najszybciej zapomnieć. Dom to przecież nie budynek, tylko - jak głosi dobra skąd inąd reklama pewnej sieci komórkowej - coś, co tworzą sami ludzie. Rodzina to ludzie, którym nawzajem na sobie zależy. I nie ma znaczenia, czy łączą ich więzy pokrewieństwa czy tylko więzy instytucjonalne.
Dom na klifie Moniki Szwai to oczywiście romans, ale już nie tak lekki jak to było w przypadku "Zapisków stanu poważnego".
Wątek miłosny jest, a jużci, ale pokręcony niemożebnie i niezwykle unieprawdopodobniony (rany, ale słowo). Jest to pewien atut, bo proste i oczywiste miłostki trącą kiczem, a tu kiczu nie ma ani odrobiny.


Rzecz jest w tym, że oprócz romansu rozwijającego się gdzieś tam w tle (w tle!!), książka porusza sprawę domów dziecka i rodzinnych domów dziecka, które są instytucją zasadniczo różną od tych pierwszych. Mamy tam walkę zdesperowanej Zosi, panny, delikatnie mówiąc, puszystej, pracownicy państwowego domu dziecka o utworzenie własnego rodzinnego domu, w którym dałaby schronienie swojej grupie wychowanków. Kto nigdy nie zagłębiał się w meandry prawne towarzyszące takim poczynaniom, niech koniecznie sięgnie po tę książkę. Niestety Szwaja dobrze życie zna. Niestety najczęściej jest tak, jak opisuje, co po raz kolejny dowodzi, że jest myślącą babą i dobrą obserwatorką. Domem na klifie autentycznie się wzruszyłam. I to nie wątek miłosny łzy mi wycisnął, ale, hmm, brutalna wiwisekcja stanów uczuciowych wychowanków państwowego domu dziecka zarządzanego przez dyrektorkę, do której hobby należy znęcanie się psychiczne nad wszystkimi, którzy w jakiś sposób są od niej zależni. Ludzka bezduszność i okrucieństwo sprawiły, że nie mogłam tak spokojnie czytać tej książki. Rozszarpała mi wnętrze. Bez litości.
Gorąco polecam wszystkim, którzy chcą pomyśleć o czymś ważkim, nie rezygnując jednocześnie z przyjemności lektury.

0 komentarze:

Prześlij komentarz