Telewizornia przed emisją programu "Tylko nas dwoje" powinna wyświetlić komunikat: tylko dla ludzi o mocnych nerwach. Piły od II do VI, Wzgórza mają oczy i tego typu atrakcje okazują się bajeczką w stylu Reksia w porównaniu do horroru, który zapodaje nam Polsat i to nie po 23.00, tylko w porze największej oglądalności. Widziałam pierwszy odcinek, bo chciałam zobaczyć, co to za novum. I powiadam: nigdy więcej. Bo normalnie osiwiałam ze zgrozy.
Zdjęcie z oficjalnej strony programu tylkonasdwoje.polsat.pl
Zacznijmy od samego jury, w którym znalazła się Doda, jakiś aktor z 39 i pół (Karolak?) oraz Irena Santor. Doda - wiadomo - jak coś powie, można się nakryć nogami i jedynym jej celem jest szeroko pojęta autopromocja. Karolak - nie znam, Irena Santor - pani Irenko! Co Pani strzeliło do głowy, żeby ratować rangę jury?
Teraz gwóźdź programu, czyli uczestnicy. Tytułowe dwójki tworzą profesjonalny wokalista czy wokalistka i ktoś z tzw. celebrytów. Mają za zadanie wspólnie odśpiewać jakąś piosenkę (w pierwszym odcinku był to przebój tegoż wokalisty). Sprowadza się to do tego, że artysta odwala główną robotę, a drugi element pary stanowi skromne tło, przebijające się gdzieniegdzie swoim mizernym głosikiem. Całość wygląda po prostu żenująco.
A skład? O ile pani Wachowiak ani mi ziębi, ani grzeje, tak samo Pudzian, który, skoro mógł tańczyć (i dojść do finału!), to może i zaśpiewać, o tyle uczestnictwo Krystyny Czubówny sprawiło, że uwierzyłam w widmo katastrofalnego kryzysu ekonomicznego. Pani Krysiu, na miłość boską! Czy Pani głodem przymiera? Dlaczego rozmienia Pani swoją legendę na drobne? I to w duecie z kim? Z mistrzem poezji ryczanej.
W roli wisienki na torcie występuje para prowadzących: Katarzyna Cichopek (która mówi o sobie, że jest ikoną telewizji - coś w tym sumie jest, jaka telewizja, taka ikona), której dowcip jak zwykle zdumiewa lekkością i polotem, oraz Mariusz Kałamaga z Łowców B., sprawiający wrażenie, jakby pomylił programy i starał się robić dobrą minę do złej gry. Brak Krzysztofa Ibisza, przyznaję, zbił mnie z pantałyku.
Całość złożyła się na drętwe, przydługie szoł. Patrzyłam, patrzyłam i czułam zażenowanie. Obserwowanie, jak ktoś robi z siebie idiotę, jest naprawdę męczące. Uczucie jest mniej więcej to samo, jakbym przyszła na mszę i zobaczyła, że kapłan przy ołtarzu jest nawalony jak stodoła. Wstyd.
Polsat usprawiedliwiony jest w jednym - nie musi dbać o tzw. misję. Bo telewizja publiczna na przykład dba i w ramach tej dbałości zapodaje jakieś koszmarne wygibasy na lodzie. Już nie jeżdżą? No to jest nie mniej ambitne "Kocham cię, Polsko".


0 komentarze:
Prześlij komentarz